wtorek, 28 października 2008

na Białystok.


...postanowiliśmy w końcu pojechać do Białegostoku, bo ... nigdy nas tam nie było! Za środek transportu znowu wybraliśmy autostop, bo jak dotąd mamy z nim bardzo dobre doświadczenia:
z Kłajpedy (ponad 300 km) jechaliśmy 3 godziny, z Kowna (1oo km) nieco ponad godzinę, także sami widzicie, prędkości całkiem niezłe! Tym razem jechaliśmy trochę wolniej, przesiadaliśmy się aż 11 razy! ale dojechaliśmy i podróż tę wspominamy bardzo mile!!!
Z Wilna wzięło nas na swoją pakę dwóch chłopaczków, z których jeden był fanem zespołu Metallica, ma ich wszystkie płyty, podoba mu się Unforgiven III i raz był nawet w Chorzowie na koncercie (w samochodzie było głośno, rzucało nami na wszystkie strony i z tego wszystkiego M zrozumiała, że chłopak ten był gdzieś na Śląsku, i że metal, więc stwierdziła, że jedziemy z górnikami, ale na szczęście nie rozwijała przy nich tego tematu!). Potem krótka przejażdżka samochodem o tęczowych kołpakach z panią (Polką), która co tydzień jeździ do Warszawy na stadion sprzedawać dżinsy, tym razem jednak, jechała tylko do Trok odwiedzić teściów. Mimo wszystko polecamy jej stoisko!
Z Trok zabrało nas bardzo nowoczesne auto, półautomat, klimatyzacja i co ważniejsze, ogrzewanie, z równie nowoczesnym, około 30 letnim kierowcą, Litwinem mówiącym po polsku. Jego nowoczesność przejawiała się nie tyle w wyglądzie, co w sposobie prowadzenia auta: na drogę patrzył sporadycznie, bardziej skupiony był na pokazywaniu nam widoków i rozmowach telefonicznych, dlatego też jeśli już dotykał kierownicy, to raczej kolanem :) Nie przeszkadzało mu to jednak rozwinąć prędkości do 170 km/h i minąć tych wszystkich, którzy wcześniej nie zechcieli nas zabrać! Mimo to czuliśmy się w tym aucie bezpiecznie. To chyba opel był! Potem przejechaliśmy kawałeczek z dwoma starszymi Paniami, które wysadziły nas na dużym skrzyżowaniu, gdzie stał już znak wskazujący kierunek -> Polska. Hura hura! Tam postaliśmy jakieś 10 min, w czasie których przemknął koło nas starszy pan na rowerze i ku wielkie,j głównie jego radości, zatrąbił na nas, rozumiecie? (Mimo, że ta anegdotka wydawać Wam się może mało zabawną, piszemy o niej, gdyż niniejszy Neblogas nie jest pisany tylko dla Was, ale i dla Nas!) Ku naszej radości chwilę po panu na rowerze przyjechała furgonetka wyglądająca na bardzo sfatygowaną, z kierowcą, którego M wzięła za panią. Kiedy okazało się, że to jednak Pan, stwierdziliśmy (po ubłoconym ubraniu), że to jakiś robotnik wracający z kopania rowów, a tu z rozmowy wyszło, że pan robi doktorat z psychologii i przyjechał do rodziców w przerwie w... rozgrywkach przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej, bo jest reprezentantem Litwy i gra w obronie. Zupełnie zaprzeczył tym naszym wyobrażeniom o piłkarzach, robotnikach i ogólnie podziale klasowym, a potem jeszcze wywiózł nas za miasto - co mu było zupełnie nie po drodze - na lepsze miejsce do łapania stopa.
Następny kierowca miał jeepa i zakład kowalstwa artystycznego. Polskiego nauczył się, jak powiedział oglądając Bolka i Lolka, w co mu nie do końca wierzymy, bo z tego co pamiętamy, ani Bolek, ani Lolek do rozmownych nie należeli. Potem jechaliśmy znowu 170 na godzinę, z panem który wziął nas, bo wyglądamy sympatycznie :) Od niego przesiedliśmy się do taksówki, ale bez płacenia. Taksówkarz wywiózł nas na rozstajne drogi i powiedział, żebyśmy czekali na autobus bo tu się na pewno nikt nie zatrzyma. 5 minut później zatrzymał się jednak jakiś pan terenową hondą, ale jak zobaczył, że mamy plecaki powiedział, że niestety nie będzie dla nas miejsca, bo ma samochód pełen ciast, co było prawdą.
Kolejne 5 minut później zatrzymał się jakimś miejscowy chłopak, który myślał że jesteśmy z zagranicy, więc przez okno krzyknął "tylko drai kilometra" i podwiózł nas na następny przystanek autobusu. Po 15 minutach zaczęliśmy trochę padać na duchu, bo przez większość tego czasu dookoła panowała zupełna cisza, nie zakłócana odgłosami silników. W końcu doczekaliśmy się podstarzałego Harcerza, z którym dojechaliśmy aż za Augustów, rozmawiając, a raczej słuchając po drodze ciekawego wykładu historyczno - światopoglądowego na temat krwawych dziejów rejonu obecnej granicy polsko-litewskiej. W miejscu gdzie rozchodziły się nasze drogi wysiedliśmy. Pan pojechał dalej, do Warszawy, a my mijając na piechotę korek tirów (dziennie przez Augustów przejeżdża ich koło 7000!) poszliśmy na obiad do przydrożnego baru. Obiad niestety nie był z tych najlepszych :/ Zaraz po obiedzie złapaliśmy ciężarówkę, którą dojechaliśmy do samego Białegostoku i to by było na tyle!

Serdecznie pozdrawiamy i dziękujemy wszystkim wyżej wymienionym!

M i T

Brak komentarzy: