Sporo osób odradzało nam wycieczkę do Kowna, mówili, że nie ma tam wiele do zobaczenia, ale i tak byliśmy i zobaczyliśmy, i to wiele zobaczyliśmy!

Do Kowna dostaliśmy się autostopem. W dwóch "małomównych" stopach, zajęło nam to jakąś godzinę z minutami (+ kilkunastominutowy dojazd do centrum autobusem, bo wysadzono nas na obrzeżach). Zupełnie przypadkowo zaczęliśmy zwiedzanie od ulicy Wileńskiej, która doprowadziła nas do Starego Miasta i od razu nam się spodobało. Niskie, odrapane kamienice (Kowno miało być twierdzą, więc zakazano budowania domów wyższych niż 3 piętra) wzdłuż niezatłoczonych uliczek przypominają trochę krakowski Kazimierz. Weszliśmy do jednej kawiarenki, ale tam krakowski klimat jeszcze nie dotarł, albo nie!, dotarł, ale ten sprzed kilkudziesięciu dobrych lat - Dystyngowane starsze panie w białych rękawiczkach i panowie o podejrzanych twarzyczkach w skórzanych płaszczach, tworzyli niezłą klientelę. Kawa z mlekiem 3,5o. Cud że nie fusiara!
Pobudzeni kawą, przeszliśmy przez rynek, koło Ratusza zwanego "Białym łabędziem" pod zamek, który bronić miał Litwinów przed Krzyżakami. Zamek nas jednak bardzo nie zachwycił, bo nic zachwycającego w nim nie ma, ale za to wywarł na nas ogromne wrażenie kościół św Jerzego, który znajduje się tuż tuż przy zamku. Do tego kościoła zaprosił nas przechadzający się nieopodal brat - Franciszkanin, (mówiący dość dobrze po polsku, choć zbyt często używający niezrozumiałej dla nas partykuły "joł"), który opowiedział nam historię tego miejsca (w tym miejscy trzeba zaznaczyć że zapamiętaliśmy dwie wersje tej historii: wersję T i wersję M, poniżej zamieszczamy wersję M; T jest odpowiedzialny za zdjęcia, nie za wersje!) : W czasie drugiej wojny światowej stacjonowali tu spadochroniarze, którzy wywiercili w suficie masę dziur i spuś
cili z nich liny, na których suszyli swoje spadochrony; za komuny składowano tu zakazane przez władze książki. Wszystko to sprawiło, że na dzień dzisiejszy, na odrestaurowanie kościoła potrzeba 35 milionów litów! Tuż za kościołem św Jerzego znajdują się mini błonia, gdzie w 1993 z mieszkańcami Kowna spotkał się Jan Paweł II.Teraz trochę o głównej ulicy Kowna, Alei Wolności (Laisves aleja). Bardzo, bardzo socjalistyczna: szeroka, długa, po prostu główna! Pośrodku niej, wzdłuż całej długości ciągnie się skwerek z drzewkami, co sprawia że mimo tego sowieckiego chłodu i patosu, idzie się nią całkiem przyjemnie!
I na koniec jeszcze o dwóch muzeach! W pierwszym (Muzeum Narodowe) widzieliśmy wystawę dzieł Mikołaja Konstantego Ciurlionisa, najsłynniejszego chyba litewskiego artysty! Oprócz obrazów, słuchaliśmy też jego utworów muzycznych, bo Ciurlionis był i malarzem, i kompozytorem. http://pl.wikipedia.org/wiki/Mikalojus_Konstantinas_%C4%8Ciurlionis.
W drugim zobaczyliśmy około 300 figurek diabłów (Muzeum Diabłów), wśród których miały znajdować się podobizny Hitlera i Stalina. Wypatrywaliśmy!, jednak rozpoznaliśmy ich dopiero przy pomocy pani z portierni, która na pamiątkowej kartce pocztowej pokazała nam te figurki. Kartka była za 1.3 lita.
Jednak jeszcze nie koniec! Jeszcze trochę o powrocie! Spędziliśmy w Kownie cały dzień, zdążyło się już ściemnić, więc w drodze rozsądku zdecydowaliśmy się na powrót pociągiem, bo po ciemku wiadomo, nic nie widać! Na wszelki wypadek mieliśmy przy sobie rozkład jazdy, żeby nie tracić czasu na zbędne czekanie na pociąg!Bez większych problemów znaleźliśmy Dworzec Główny, akurat za 10 minut do odjazdu! Podchodzimy do okienka, prosimy o bilety, a tu się okazuje
, że pociągi do Wilna, do stolicy!, odjeżdżają z jakiegoś pobocznego dworca, Kowno-1. Paranoja! Dotarliśmy w końcu na ten poboczny dworzec. Były tam tory i jedna budka, w których panie kasjerki siedziały sobie wygodnie, popijały kawkę i nie odpowiadały ani na nasze pytania, ani na pytania dwóch staruszek, które nam na tym dworcu towarzyszyły. Ostentacyjnie wyłożyły przed kasę jakąś tabliczkę, ale co tam było napisane, nie wiemy! Bilety udało nam się kupić przed samym odjazdem, czyli po godzinie "tracenia czasu na zbędne czekanie".
Mimo wszystko było zabawnie :) Pani kasjerka ochrzaniła T, że robi zdjęcia pociągom (wcześniej T zdążył zrobić jej parę portretów, bo była na prawdę urocza) i że powinien wiedzieć, że pociągom zdjęć się nie robi!, a jedna z tych towarzyszących nam starszych pań stwierdziła, że nic nie rozumiemy, bo jesteśmy z Ameryki! Bilet z Kowna-1 do Wilna = 7 litów.Kowno jest najbardziej nowoczesnym z litewskich miast i to nie tylko ze względu na silnie rozbudowany przemysł.

4 komentarze:
"Weszliśmy do jednej kawiarenki, ale tam krakowski klimat jeszcze nie dotarł, albo nie!, dotarł, ale ten sprzed kilkudziesięciu dobrych lat" jak to sie stalo, ze pamietacie atmosfere sprzed kilkudziesieciu lat ? :) M.
Może nie wiele pamiętamy, ale wiele wiemy ;)
Pozdrawiamy: Dziadzio, Babcia, Zosia i Michał
:)
Fajne zdjęcie z cieniem na peronie. Nie wiem, czy to Tomek, czy Marcela, czy może ktoś zupełnie inny, ale bardzo mi się podoba:)
Wczoraj obiecałam, że oglądnę i oglądam. Uściski dla was :)
marta zaionc
Prześlij komentarz