środa, 29 października 2008

Białystok.


Kto był w Białymstoku, ten widział. Kto nie był, ten może jeszcze kiedyś będzie. Nam się udało być i jesteśmy mile zaskoczeni tym miejscem. Zwiedziliśmy schludne i czyste, dość ciekawe i nie tak do końca szaro - buro prowincjonalne, jak wszystkim się wydaje, miasto.
http://www.noumen.pl/pl/noumen/turystyka/bialystok

Powyższe i poniższe graffiti (kto jest spostrzegawczy ten spostrzegł, że poniższe stanowi cześć powyższego) powstało w ramach nowo rozpoczętej akcji "Wschodzący Białystok", której celem jest wypromowanie stolicy Podlasia, miejsca gdzie styka się wiele kultur (co spostrzegawczy z pewnością zauważą na graffiti poniżej).


Z lewej: Kościół św Rocha, dosyć ... wyszukany.
Z prawej: Cerkiew prawosławna, jeszcze w budowie.



Pałac Branickich. Z tego co się zorientowaliśmy przynależy do Akademii Medycznej.






Emilia, u której nocowaliśmy, skończyła filologię rosyjską i teraz pracuje w sklepie meblowym swoich rodziców :) Wkrótce będzie odświeżać stronę internetową swojej rodzinnej firmy, więc wspólnie odwiedzaliśmy białostoczan, którzy nabyli u niej meble i robiliśmy zdjęcia tym nabytkom.
Bywało zabawnie!





Szaro-bury Białystok też czasem bywa.

Dodaj obraz
Ale rozwesala go żubrzyk!

wtorek, 28 października 2008

na Białystok.


...postanowiliśmy w końcu pojechać do Białegostoku, bo ... nigdy nas tam nie było! Za środek transportu znowu wybraliśmy autostop, bo jak dotąd mamy z nim bardzo dobre doświadczenia:
z Kłajpedy (ponad 300 km) jechaliśmy 3 godziny, z Kowna (1oo km) nieco ponad godzinę, także sami widzicie, prędkości całkiem niezłe! Tym razem jechaliśmy trochę wolniej, przesiadaliśmy się aż 11 razy! ale dojechaliśmy i podróż tę wspominamy bardzo mile!!!
Z Wilna wzięło nas na swoją pakę dwóch chłopaczków, z których jeden był fanem zespołu Metallica, ma ich wszystkie płyty, podoba mu się Unforgiven III i raz był nawet w Chorzowie na koncercie (w samochodzie było głośno, rzucało nami na wszystkie strony i z tego wszystkiego M zrozumiała, że chłopak ten był gdzieś na Śląsku, i że metal, więc stwierdziła, że jedziemy z górnikami, ale na szczęście nie rozwijała przy nich tego tematu!). Potem krótka przejażdżka samochodem o tęczowych kołpakach z panią (Polką), która co tydzień jeździ do Warszawy na stadion sprzedawać dżinsy, tym razem jednak, jechała tylko do Trok odwiedzić teściów. Mimo wszystko polecamy jej stoisko!
Z Trok zabrało nas bardzo nowoczesne auto, półautomat, klimatyzacja i co ważniejsze, ogrzewanie, z równie nowoczesnym, około 30 letnim kierowcą, Litwinem mówiącym po polsku. Jego nowoczesność przejawiała się nie tyle w wyglądzie, co w sposobie prowadzenia auta: na drogę patrzył sporadycznie, bardziej skupiony był na pokazywaniu nam widoków i rozmowach telefonicznych, dlatego też jeśli już dotykał kierownicy, to raczej kolanem :) Nie przeszkadzało mu to jednak rozwinąć prędkości do 170 km/h i minąć tych wszystkich, którzy wcześniej nie zechcieli nas zabrać! Mimo to czuliśmy się w tym aucie bezpiecznie. To chyba opel był! Potem przejechaliśmy kawałeczek z dwoma starszymi Paniami, które wysadziły nas na dużym skrzyżowaniu, gdzie stał już znak wskazujący kierunek -> Polska. Hura hura! Tam postaliśmy jakieś 10 min, w czasie których przemknął koło nas starszy pan na rowerze i ku wielkie,j głównie jego radości, zatrąbił na nas, rozumiecie? (Mimo, że ta anegdotka wydawać Wam się może mało zabawną, piszemy o niej, gdyż niniejszy Neblogas nie jest pisany tylko dla Was, ale i dla Nas!) Ku naszej radości chwilę po panu na rowerze przyjechała furgonetka wyglądająca na bardzo sfatygowaną, z kierowcą, którego M wzięła za panią. Kiedy okazało się, że to jednak Pan, stwierdziliśmy (po ubłoconym ubraniu), że to jakiś robotnik wracający z kopania rowów, a tu z rozmowy wyszło, że pan robi doktorat z psychologii i przyjechał do rodziców w przerwie w... rozgrywkach przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej, bo jest reprezentantem Litwy i gra w obronie. Zupełnie zaprzeczył tym naszym wyobrażeniom o piłkarzach, robotnikach i ogólnie podziale klasowym, a potem jeszcze wywiózł nas za miasto - co mu było zupełnie nie po drodze - na lepsze miejsce do łapania stopa.
Następny kierowca miał jeepa i zakład kowalstwa artystycznego. Polskiego nauczył się, jak powiedział oglądając Bolka i Lolka, w co mu nie do końca wierzymy, bo z tego co pamiętamy, ani Bolek, ani Lolek do rozmownych nie należeli. Potem jechaliśmy znowu 170 na godzinę, z panem który wziął nas, bo wyglądamy sympatycznie :) Od niego przesiedliśmy się do taksówki, ale bez płacenia. Taksówkarz wywiózł nas na rozstajne drogi i powiedział, żebyśmy czekali na autobus bo tu się na pewno nikt nie zatrzyma. 5 minut później zatrzymał się jednak jakiś pan terenową hondą, ale jak zobaczył, że mamy plecaki powiedział, że niestety nie będzie dla nas miejsca, bo ma samochód pełen ciast, co było prawdą.
Kolejne 5 minut później zatrzymał się jakimś miejscowy chłopak, który myślał że jesteśmy z zagranicy, więc przez okno krzyknął "tylko drai kilometra" i podwiózł nas na następny przystanek autobusu. Po 15 minutach zaczęliśmy trochę padać na duchu, bo przez większość tego czasu dookoła panowała zupełna cisza, nie zakłócana odgłosami silników. W końcu doczekaliśmy się podstarzałego Harcerza, z którym dojechaliśmy aż za Augustów, rozmawiając, a raczej słuchając po drodze ciekawego wykładu historyczno - światopoglądowego na temat krwawych dziejów rejonu obecnej granicy polsko-litewskiej. W miejscu gdzie rozchodziły się nasze drogi wysiedliśmy. Pan pojechał dalej, do Warszawy, a my mijając na piechotę korek tirów (dziennie przez Augustów przejeżdża ich koło 7000!) poszliśmy na obiad do przydrożnego baru. Obiad niestety nie był z tych najlepszych :/ Zaraz po obiedzie złapaliśmy ciężarówkę, którą dojechaliśmy do samego Białegostoku i to by było na tyle!

Serdecznie pozdrawiamy i dziękujemy wszystkim wyżej wymienionym!

M i T

środa, 22 października 2008

Kowno.

Sporo osób odradzało nam wycieczkę do Kowna, mówili, że nie ma tam wiele do zobaczenia, ale i tak byliśmy i zobaczyliśmy, i to wiele zobaczyliśmy!


Do Kowna dostaliśmy się autostopem. W dwóch "małomównych" stopach, zajęło nam to jakąś godzinę z minutami (+ kilkunastominutowy dojazd do centrum autobusem, bo wysadzono nas na obrzeżach). Zupełnie przypadkowo zaczęliśmy zwiedzanie od ulicy Wileńskiej, która doprowadziła nas do Starego Miasta i od razu nam się spodobało. Niskie, odrapane kamienice (Kowno miało być twierdzą, więc zakazano budowania domów wyższych niż 3 piętra) wzdłuż niezatłoczonych uliczek przypominają trochę krakowski Kazimierz. Weszliśmy do jednej kawiarenki, ale tam krakowski klimat jeszcze nie dotarł, albo nie!, dotarł, ale ten sprzed kilkudziesięciu dobrych lat - Dystyngowane starsze panie w białych rękawiczkach i panowie o podejrzanych twarzyczkach w skórzanych płaszczach, tworzyli niezłą klientelę. Kawa z mlekiem 3,5o. Cud że nie fusiara!
Pobudzeni kawą, przeszliśmy przez rynek, koło Ratusza zwanego "Białym łabędziem" pod zamek, który bronić miał Litwinów przed Krzyżakami. Zamek nas jednak bardzo nie zachwycił, bo nic zachwycającego w nim nie ma, ale za to wywarł na nas ogromne wrażenie kościół św Jerzego, który znajduje się tuż tuż przy zamku. Do tego kościoła zaprosił nas przechadzający się nieopodal brat - Franciszkanin, (mówiący dość dobrze po polsku, choć zbyt często używający niezrozumiałej dla nas partykuły "joł"), który opowiedział nam historię tego miejsca (w tym miejscy trzeba zaznaczyć że zapamiętaliśmy dwie wersje tej historii: wersję T i wersję M, poniżej zamieszczamy wersję M; T jest odpowiedzialny za zdjęcia, nie za wersje!) : W czasie drugiej wojny światowej stacjonowali tu spadochroniarze, którzy wywiercili w suficie masę dziur i spuścili z nich liny, na których suszyli swoje spadochrony; za komuny składowano tu zakazane przez władze książki. Wszystko to sprawiło, że na dzień dzisiejszy, na odrestaurowanie kościoła potrzeba 35 milionów litów! Tuż za kościołem św Jerzego znajdują się mini błonia, gdzie w 1993 z mieszkańcami Kowna spotkał się Jan Paweł II.


Teraz trochę o głównej ulicy Kowna, Alei Wolności (Laisves aleja). Bardzo, bardzo socjalistyczna: szeroka, długa, po prostu główna! Pośrodku niej, wzdłuż całej długości ciągnie się skwerek z drzewkami, co sprawia że mimo tego sowieckiego chłodu i patosu, idzie się nią całkiem przyjemnie!
I na koniec jeszcze o dwóch muzeach! W pierwszym (Muzeum Narodowe) widzieliśmy wystawę dzieł Mikołaja Konstantego Ciurlionisa, najsłynniejszego chyba litewskiego artysty! Oprócz obrazów, słuchaliśmy też jego utworów muzycznych, bo Ciurlionis był i malarzem, i kompozytorem. http://pl.wikipedia.org/wiki/Mikalojus_Konstantinas_%C4%8Ciurlionis.
W drugim zobaczyliśmy około 300 figurek diabłów (Muzeum Diabłów), wśród których miały znajdować się podobizny Hitlera i Stalina. Wypatrywaliśmy!, jednak rozpoznaliśmy ich dopiero przy pomocy pani z portierni, która na pamiątkowej kartce pocztowej pokazała nam te figurki. Kartka była za 1.3 lita.

Jednak jeszcze nie koniec! Jeszcze trochę o powrocie! Spędziliśmy w Kownie cały dzień, zdążyło się już ściemnić, więc w drodze rozsądku zdecydowaliśmy się na powrót pociągiem, bo po ciemku wiadomo, nic nie widać! Na wszelki wypadek mieliśmy przy sobie rozkład jazdy, żeby nie tracić czasu na zbędne czekanie na pociąg!Bez większych problemów znaleźliśmy Dworzec Główny, akurat za 10 minut do odjazdu! Podchodzimy do okienka, prosimy o bilety, a tu się okazuje, że pociągi do Wilna, do stolicy!, odjeżdżają z jakiegoś pobocznego dworca, Kowno-1. Paranoja! Dotarliśmy w końcu na ten poboczny dworzec. Były tam tory i jedna budka, w których panie kasjerki siedziały sobie wygodnie, popijały kawkę i nie odpowiadały ani na nasze pytania, ani na pytania dwóch staruszek, które nam na tym dworcu towarzyszyły. Ostentacyjnie wyłożyły przed kasę jakąś tabliczkę, ale co tam było napisane, nie wiemy! Bilety udało nam się kupić przed samym odjazdem, czyli po godzinie "tracenia czasu na zbędne czekanie".

Mimo wszystko było zabawnie :) Pani kasjerka ochrzaniła T, że robi zdjęcia pociągom (wcześniej T zdążył zrobić jej parę portretów, bo była na prawdę urocza) i że powinien wiedzieć, że pociągom zdjęć się nie robi!, a jedna z tych towarzyszących nam starszych pań stwierdziła, że nic nie rozumiemy, bo jesteśmy z Ameryki! Bilet z Kowna-1 do Wilna = 7 litów.



Kowno jest najbardziej nowoczesnym z litewskich miast i to nie tylko ze względu na silnie rozbudowany przemysł.





poniedziałek, 20 października 2008

Tablica ogłoszeń.

  1. Dochodzą do nas słuchy, że zaglądacie tu często, niektórzy nawet dodali neblogasa do "ulubionych". To nas cieszy!
  2. Piszemy jak tylko często możemy, ale żeby pisać, trzeba mieć o czym, więc sporo czasu poświęcamy na zdobywanie nowych tematów. Nie ponaglajcie nas, bądźcie cierpliwi, na wszystko przyjdzie czas!
  3. Dziś zaczęły grzać kaloryfery!
  4. Z pewnych przyczyn, które znane są tylko pewnym osobom, nie przyjeżdżamy jednak na Wszystkich Świętych do Krakowa, ale pojawić się tam mamy zamiar w okolicach niepodległościowych!
  5. Od 3 do 9 listopada jesteśmy sami w mieszkaniu -> nasze współlokatorki lecą do Holandii. Zapraszamy do wykorzystania tej okazji i odwiedzenia nas!
  6. Odwiedzać nas też można w innym terminie!
  7. Jutro jedziemy do Kowna!
  8. M kupiła sobie spodnie za stypendium i nie targają nią wyrzuty sumienia!
  9. W lutym T będzie miał swoją wystawę fotograficzną w Domu Kultury na Wietora!
  10. T martwi się, że mało komentujecie jego zdjęcia!
  11. Lubimy wszystkie komentarze = Piszcie komentarze!
  12. Zamieszczamy parę zdjęć "ni z gruchy, ni z pietruchy":



13. Okazuje się, że owieczka Dolly wcale nie była sklonowana. Dolly i jej konstruktorzy zrobili nas w konia!

sobota, 18 października 2008

Lietuvos nacionalinis opero ir baleto teatras.

Wczoraj ubraliśmy się ładnie, elegancko, z gustem, i wybraliśmy się do Litewskiego Narodowego Teatru Opery i Baletu, na Romeo i Julię, balet w 3 aktach! do muzyki Sergiusza Prokofiewa. Kupiliśmy bilety stojące za 10 litów (na 30 min do spektaklu zostały tylko miejsca stojące lub w loży honorowej za 120 litów. Wybraliśmy stojące, bo tańsze.) Sala była pełna, ale i tak wypatrzyliśmy dwa puste krzesełka których nikt nie zajął, więc skorzystaliśmy z nich z wielką radością. Niestety po pierwszej przerwie nastąpiła niezrozumiała dla nas rotacja miejsc i jakaś starsza pani zajęła nam jedno krzesełko. Ze względu na dobre wychowanie, barierę językową i to, że nie mieliśmy prawa do tego miejsca, nie zwróciliśmy owej starszej pani uwagi, co zaowocowało tym, że M siedziała wygodnie do końca, a T podpierał ściany. O tym czy spektakl nam się podobał czy nie wspominać nie będziemy, bo niektórym podobał się bardziej, innym natomiast mniej. Wspomnieć natomiast chcemy o samym budynku teatru, który pod względem architektonicznym jest bardzo ciekawy. Najlepiej prezentuje się z zewnątrz, po zmroku gdy przez szklane szyby widać świecące, ogromne, złote żyrandole. Chcieliśmy zrobić zdjęcie, ale zanim dopchaliśmy się po spektaklu do szatni, ubraliśmy się, okrążyli teatr celem znalezienia najlepszego ujęcia i rozłożyli sprzęt fotograficzny, wyłączyli światła, zgasili żyrandole i zamknęli teatr :) Jeszcze kiedyś będziemy tamtędy przechodzić!



Zresztą z wewnątrz też prezentuje się całkiem nieźle:



czwartek, 16 października 2008

W Kłajpedzie.

W Kłajpedzie nie ma wielu zabytkowych miejsc, ale mimo to, miasto to jest bardzo urokliwe i przyjazne. Najciekawszym zabytkiem jest XIX wieczny teatr, który znajduje się na niewielkiej starówce. Był to podobno ulubiony teatr Wagnera. Tak ludzie mówią.
Nam najbardziej podobały się zabudowania w skandynawskim stylu i wąskie, przecinające się pod kątem prostym uliczki.
Zaciekawiły nas też dwa nowoczesne wieżowce w kształcie litery K i D (Kłajpeda i Dane - rzeka przepływająca przez Kłajpedę). Mieszkańcom się ponoć nie podobają, nam jakoś wpasowały się do krajobrazu. Płynąc promem zauważyliśmy (prawdę mówiąc pierwsza zauważyła M), że w miarę przybliżania się do brzegu, budynki jakby przybliżają się do siebie, łączą się, tworząc jednolity prostokąt. Takie złudzenie!




Acha! Acha! Jeszcze w Kłajpedzie widzieliśmy bociana. Żywego! Stał sobie na mini wysepce (gdzie latem odbywają się koncerty, nawiasem mówiąc bardzo dobre miejsce na koncerty) w samym środku miasta i ani myślał żeby lecieć do Afryki, a dawno już tam powinien być. Ekolog Egle od razu zaczęła wydzwaniać do odpowiednich instytucji, ale nikt nie chciał się nim
zaopiekować. Co się z nim stało - nie wiemy!

środa, 15 października 2008

Niedaleko od Klajpedy. Mierzeja Kurońska.

Niedaleko od Kłajpedy znajduje się Mierzeja Kurońska, na której można podziwiać wspaniałą przyrodę i (podobno) tresowane, w czasach ZSRR do celów wojskowych, delfiny. My skupiliśmy się raczej na przyrodzie.

Żeby dotrzeć na mierzeję trzeba wsiąść na prom i przepłynąć około 500 metrów. Za pierwszym razem nie wiedzieliśmy że to tylko 500 metrów, a że mgła była gęsta, czuliśmy się jak przed prawdziwym wyjściem w morze, byliśmy wiec bardzo zdziwieni, i trochę zawiedzeni, kiedy po 2 minutach zobaczyliśmy drugi brzeg.
Mierzeja Kurońska ma prawie 100 km długości i do 4 szerokości, została w całości wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Obecnie jest to teren głównie rekreacyjno - turystyczny, rozsiane po nim miasteczka, zbudowane są pod turystów : pensjonaty, hotele, restauracje itd. My na szczęście trafiliśmy do jednego z takich miasteczek (Juodkrante) poza sezonem, dzięki czemu spotkaliśmy się z totalną ciszą i pustkowiem. No może nie do końca tak było, paru ludzi jednak spotkaliśmy:
- pana, który zdecydował się na kąpiel w lodowatej morskiej wodzie
- panią w restauracji, która podała nam smażoną rybę (dla T) i sałatkę z kurczaka (dla M)
- rodzinę rybaków rozwieszających sieci po połowie (towarzyszył im bardzo głośno obszczekujący nas piesek)
- dwóch ornitologów z wielkimi długimi brodami, którzy łapali ptaszki do sieci, a potem je obrączkowali (wyglądało to średnio przyjemnie, biedne ptaszki zwisały głową w dół i ćwierkały z przerażeniem)
- kilka spóźnionych wczasowiczek wybierających się na grzyby do lasu,
a totalną ciszę od czasu do czasu przerywały odgłosy bomb spadających do wody (Podejrzewamy, że gdzieś niedaleko znajdował się poligon i że były to tylko manewry wojskowe. Niemniej jednak, można się przestraszyć) !



wtorek, 14 października 2008

Do Kłajpedy.

W zeszły poniedziałek po zajęciach pojechaliśmy do Kłajpedy -> bo to trzecie co do wielości miasto na Litwie, jedyny port, wyjątkowa przyroda itd, itp.

Nie zamieszczamy żadnego zdjęcia z wileńskiego dworca, z którego wyruszyliśmy, bo cóż tu pokazywać? Dworzec kolejowy jest w miarę odnowiony i jeśli nie zechce się nam do toalety, można nawet odnieść wrażenie, że jest dosyć schludny. Przyjedziecie, zobaczycie!

Pociągiem do Kłajpedy jedzie się 4.5 godziny za 24 lita od studenta, z ciekawymi widokami.(Autostopem w drugą stronę jedzie się 3 godziny, za darmo, z tymi samymi widokami, a jeszcze może się trafić, jak nam, pierwszy w życiu poznany krupier, Rosjanin z pochodzenia, Wania.)
Po przebytej w półśnie trasie, wysiedliśmy na małym dworcu w Kłajpedzie, gdzie czekała już na nas poznana przez CouchSurfing (To taka samoorganizująca się sieć ludzi z całego świata, którzy na parę nocy chętnie udostępniają miejsce do spania. Przyjemna sprawa.)przewodnicząca jednego z największych klubów ekologicznych na Litwie, Egle. Nastąpiły zwyczajowe przywitalne grzeczności i udaliśmy się z nią na zakupy do ... Maximy. W trakcie jazdy samochodem Egle i Karolis, jej podwładny z eko - klubu, tłumaczyli, że w prawdzie walczą z takimi konsumenckimi przybytkami jak Maxima, ale o tej porze już nic innego nie będzie otwarte, a przy płaceniu Egle wyjęłą kartę stałego klienta : )

To wyżej wspominany eko - klub i równocześnie mieszkanie Egle.
Tu też nocowaliśmy.


piątek, 10 października 2008

Troki.

Ostatnio co prawda byliśmy w Kłajpedzie, ale jak dotąd nie opisaliśmy jeszcze naszej wizyty w Trokach, co niniejszym czynimy, by zachować porządek, chronologię i ład.
Troki położone są bardzo blisko Wilna, pociągiem, wolnym tempem, jechaliśmy niecałą godzinę (bilet ulgowy jakieś 3.5 lita). Obecnie jest to malutkie miasteczko, którego obszar w blisko 50 % pokryty jest jeziorami, między którymi znajdują się ruiny dwóch zamków (jeden z nich jest całkowicie zrujnowany, drugi całkowicie zrekonstruowany). Do XIV wieku Troki były stolicą Litwy, a dwa wyżej wspomniane zamki zacnie się prezentowały.
Oprócz przepięknych okolic, jezior i zamków, Troki słyną również z tego, że żyją tu Karaimowe, którzy stanowią małą grupę etniczną posługującą się językiem tureckim. Karaimowie mieszkają w uroczych, malutkich, drewnianych, kolorowych domkach, a wyznania są żydowskiego. Mają tu swoją kienesę (świątynia karaimska) i swoje restauracje, gdzie podają tradycyjne karaimskie jedzenie. Próbowaliśmy kybynów (pierogi z farszem z mielonego mięsa baraniego), ale nikomu nie polecamy :/


czwartek, 9 października 2008

Sama z mieszkania.

Piszę sobie teraz samiutka, bo Tomek poszedł na zajęcia, a ja zostałam w mieszkaniu, ze względu na przeziębienie które mnie dopadło. Kicham na wszystko! Wykorzystując nieobecność Tomka zamieszczam swoje zdjęcie, bo nie powinno być przecież tak, że Tomka zdjęcie już jest, a mojego nie :) Oglądam też sobie film : Batman. Początek, ale nie do końca on do mnie przemawia. Zaczyna się tak, że Batman jeszcze nie jako Batman, a jako Bruce Wayne, udaje się na daleki wschód i tam szuka natchnienia u mistrza walki ninja. Moim zdaniem trochę to naciągane! Nie wydaje mi się, żeby Batman kiedykolwiek opuszczał Gotham City!!!


To ja na plaży w okolicach Kłajpedy.
Bardzo możliwe, że to tam się przeziębiłam, bo trochę wiało.
Mamo, biorę leki!

niedziela, 5 października 2008

Wilno - miasto telefonicznej muzyki

Gdziekolwiek w Wilnie nie jesteś, czy to na uniwersytecie, czy na starym mieście, czy w autobusie, wszędzie masz okazję wsłuchać się w muzyczne dźwięki wydobywające się z ... telefonów komórkowych. Takie przenośne mini - radia są tu bardzo popularne, naturalnie wśród młodszych mieszkańców. Wygląda to dość zabawnie, bo wszyscy trzymają swoje telefony w rękach i tak sobie z nimi spacerują :) Tym, że innym telefoniczna muzyka może przeszkadzać nikt się nie przejmuje, ważne żeby grało!

Dla nas jest to dosyć dziwne zastosowanie telefonów, ale przywykamy do tego. Trudniej nam pogodzić się z tym, że telefonia komórkowa jest tu o wiele tańsza niż w Polsce. Nasz litewski telefon jest na kartę, którą doładować można praktycznie w każdym sklepie, lub drogą elektroniczną, za dowolną sumę. Dokupując specjalny abonament za 1 lita (1 zł) możemy dzwonić i pisać do wszystkich osób z naszej sieci (tele 2) za darmo :)

Nasz tutejszy numer: +37 060670965







Ponieważ w naszych telefonach nie mamy ani radia, ani mp3 wybraliśmy się na koncert muzyki żydowskiej w Kościele św. Bartłomieja zorganizowany w przeddzień rocznicy wyzwolenia wileńskiego getta.

sobota, 4 października 2008

Kilka zdjęć z naszej okolicy.





Nasze urocze sąsiadki.










Widok z okna kuchennego, jeśli nie patrzy się prosto przed siebie, a prosto w dół.






Widok z naszego okna, jeśli się wychylić tak, żeby brzózki nie zasłaniały.








Pobliska restauracja.
Zdecydowaliśmy się jednak na wyżywienie we własnym zakresie.



Sklepy, shopping i zakupy.

Zakupy robimy w Rimi, Maximie, Cento lub w Iki.

Czasem też chodzimy na pobliski targ gdzie u Polaków i Rosjan można kupić wszystko, raz taniej, raz drożej, ale zawsze ciekawiej niż w supersamie
W Cento, na kasie przy której można też kupić alkohol, sprzedaje pani Halena, bardzo sympatyczna Polka, która zna się po imieniu z wszystkimi miejscowymi pijaczkami. Przy pierwszym naszym spotkaniu była wyraźnie zdziwiona że mówimy po rosyjsku, bo wyglądaliśmy jej na Litwinów, a później bardzo zawiedziona że nie chcemy kupić miejscowej wódki.

Maxima to największa lokalna sieć supermarketów z wszystkim, od owoców po przedłużacze. W Maximie w Akropolis-ie (który miał być supernowoczesnym centrum handlowym, a wygląda jak Plus w Niepołomicach, albo jak Alti na Prądniku, tyle że z lodowiskiem wewnątrz budynku) oprócz jedzenia można też dostać stiukowe aniołki, figurki kowbojek, klaunów i inne cuda. Do wyboru, do koloru!


piątek, 3 października 2008

Tak mieszkamy:

Mieszkamy w dzielnicy Nowa Wilejka (Naujoji Vilnia http://pl.wikipedia.org/wiki/Nowa_Wilejka), na ulicy Gerove 9. Mamy pewne podejrzenia, że nazwa ta pochodzi nie od nowości, bo szczerze mówiąc, nic tu na nowe nie wygląda :) ale od Wilejki, rzeki, która płynie praktycznie pod naszym blokiem. Oprócz Wilejki nasz blok otacza także sporo zieleni. Z naszego pokojowego okna widać tylko brzózki i parczek. Ogólnie mówiąc, osiedle jest bardzo spokojne, choć w pierwszych dniach nie sprawiało takiego wrażenia, gdyż jego mieszkańcy wyglądają raczej podejrzanie, ale jak się okazało, są przyjaźnie nastawieni. Wszyscy tu mówią albo po rosyjsku, albo po polsku, także z dogadaniem się nie ma żadnego problemu.
Do centrum dowożą nas trzy autobusy:
nr 31 - jedzie najdłuższą trasą (ok 30 min pod Ostrą Bramę), za to najbardziej swojską, przez otaczające Wilno wioski
nr 74 - autobus express (ok 15 min pod Ostrą Bramę), pokonuje całą aleję Stefana Batorego omijając większość przystanków, dlatego też jest taki szybki
nr 44 - pół express (ok 25 min do Zielonego Mostu), również przemierza aleję Batorego, ale zatrzymuje się wszędzie, dlatego też jest taki wolny
Połączenie nie jest najgorsze, choć oczywiście moglibyśmy mieszkać gdzieś bliżej centrum. Rozważaliśmy nawet poszukiwanie innego mieszkania, ale do zostania przekonały nas:
- ciepło, woda, gaz, prąd
- sympatyczne współlokatorki o dziwnie brzmiących imionach: Jore i Birute
- wspaniały wieczorny widok z kuchennego okna na kościół św Kazimierza (zdjęcie poniżej),
w którym co niedziele o 13.00 jest msza w języku polskim


Post pierwszy, znaczy się - wprowadzający.

Naszego bloga z pobytu w Wilnie zaczynamy pisać dopiero dziś, ponieważ dopiero dzisiaj internet dotarł do naszego komputera, gdzie mamy polskie literki i gdzie gromadzimy nasze zdjęcia, które z miłą chęcią będziemy tu zamieszczać, żebyście mogli zobaczyć, jak to u nas jest.
Bloga, jak pewnie już zorientowaliście, nazwaliśmy "neblogas" z paru względów. Po pierwsze, nazwa ta niewątpliwie wpada w ucho, po drugie, brzmi podobnie do "bloga" czyli kojarzy się, a w dzisiejszych czasach skojarzenia są bardzo ważne, po trzecie, "neblogas" po litewsku znaczy "w porządku", co dobrze prorokuje!