sobota, 6 grudnia 2008

List do świętego Mikołaja.

Kochany święty Mikołaju,
w pierwszych słowach naszego listu chcielibyśmy bardzo podziękować Ci za zeszłoroczne prezenty, bo jeszcze jakoś nie było okazji! Dziękujemy!
Następnie chcemy Ci przekazać, że nie ma nas dzisiaj w Krakowie, ale nie martw się, prezenty spokojnie możesz zostawić u naszych rodzin, raczej im ufamy! Możesz też zostawić naszym znajomym jak ich przypadkiem spotkasz, zupełnie nie ma problemu.
I nic się nie martw Drogi święty Mikołaju, wcale a wcale nie smucimy się, że do nas tu w Wilnie nie przyjdziesz (bagaży i tak mamy dużo, ciężko będzie unieść, także wielkiej masy prezentów już byśmy nie pomieścili!).

czwartek, 4 grudnia 2008

Uniwersytet Wileński w Wilnie.


Zapraszamy Państwa na wycieczkę po uniwersytecie, miejscu gdzie uczymy się, poznajemy nowych ludzi i kulturę, czytamy książki, słuchamy wykładów. Przed nami uczyli się tu mężowie tej miary co Joachim Lelewel, Jakub Wujek, Piotr Skarga, Jan i Jędrzej Śniadeccy, no i oczywiście wieszczowie: Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacki. Przed rozbiorami językami wykładowymi była: łacina, polski i litewski, w trakcie rozbiorów - wiadomo - wyłącznie rosyjski, po rozbiorach wyłącznie polski, a obecnie litewski i kilkanaście innych.
Poniżej zdjęcie korytarza prowadzącego na katedrę slawistyki (szczerze mówiąc bardziej pasowała by nazwa rusycystyki ze skromnymi dodatkami polonistyki).

Skupmy się teraz na samym budynku. Jak wszystko w Wilnie, Uniwersytet jest barokowy, w związku z czym wygląda pięknie z lotu ptaka, ale z perspektywy żaka... istny labirynt.

Naszą wycieczkę zakończymy przy uniwersyteckich kościele św. Jana, z zachwycającym, pofalowanym ołtarzem. W XIX stuleciu w tym właśnie kościele organistą był słynny polski kompozytor, ojciec opery narodowej, może ktoś z Państwa już wie o kim mowa? ... Tak właśnie, Stanisław Moniuszko. Po prawej widzimy dzwonnicę, najwyższy budynek starej części miasta. Dziś już jej nie zwiedzimy, wejście tylko do 11.00.



poniedziałek, 1 grudnia 2008

Tallin.

Z Rygi pojechaliśmy do Tallina, bo to już nie tak całkiem daleko. No i opłacało się! Tallin jest jeszcze mniejszy od Rygi, jednak nie mniej urokliwy.


W Tallinie można podziwiać:

- bardzo ładną starówkę, otoczoną kolorowymi kamieniczkami
- średniowieczny rynek z kramami i kramarzami
- kupieckie domki z dźwigniami pod dachem służącymi do wciągania towarów
- pozostałości murów obronnych z dwiema głównymi basztami : Grubą Małgorzatą i Długim Hermanem
-park, który Piotr I zasadził dla Katarzyny II
- port, statki i morze
- i pana, który wytapia ze szkła cuda na kiju.





Oficjalnie w Tallinie żyje 48% Estończyków i 47% Rosjan, czyli wychodzi na to, że prawie pół na pół. Taj jednak nie jest, gdyż wielu z tych oficjalnych Estończyków jest po prostu Rosjanami z estońskim obywatelstwem. Niektórzy z nich nie znają często nawet estońskiego (tak było np. w przypadku Siergieja i Jeleny, u których nocowaliśmy, z tymże dla ścisłości Jelena znała estoński a Siergiej nie).


Acha! W Estonii jest pewien problem z polskimi kartami kredytowi. Problem ten polega na tym, że polskie karty kredytowe po prostu w Estonii nie działają.

niedziela, 30 listopada 2008

Ryga.


Ryga jest malutka, tak jak malutka jest Łotwa (w całym kraju żyje ponad 2 mln mieszkańców, w samej Rydze 700 tys; na ulicach słychać przede wszystkim język rosyjski). Jest za to bardzo zadbana i wygląda "po europejsku", także miło się ją zwiedza! Na każdym kroku spotyka się zabytkowe budowle różnego rodzaju, wysokie i niskie wieżyczki, stare domy kupieckie itd. Stare Miasto otaczają parki z fontannami, mostkami nad rzeczkami, ławeczkami i mnóstwem śniegu.

Takie rybki całują się w przejściu podziemnym łączącym Stare Miasto z Dworcem Autobusowym.


A takie ludki stoją na starówce i apelują o ekologiczne podejście do życia.









Na owe ludki ze spokojem spogląda Pan Artysta.







Tu jedna z wysokich wieżyczek.


A tu Ryga nocą. Wyżej most wiszący - podświetlany. Niżej jeden z wspominanych parków, a z niego widok na Operę.

poniedziałek, 24 listopada 2008

Po zakupach.

Kupiliśmy sobie termosik, Raffaello, bilety do Rygi i wyjeżdżamy na 6 dni!

środa, 19 listopada 2008

Po powrocie, po turecku.

Po powrocie z Krakowa weszliśmy w nasze tutejsze życie bardzo aktywnie, tj. na sportowo. Chodzi mianowicie o to, że poszliśmy na mecz, a był to mecz koszykówki damskiej. Dziewczęta z wileńskiego klubu TEO grały z Turczynkami z Istambułu. Grały i przegrały! I bardzo dobrze, bo byliśmy w sektorze z turecką publicznością, także górą nasze!

W ogóle mamy tu bardzo dobre stosunki z tureckimi dziewczętami - erasmuskami. To właśnie one załatwiły nam w tureckiej ambasadzie wejściówki na mecz, musieliśmy tylko przybrać nowe nazwiska : T Murat i M Jasmine. One też (a jest ich 5, imiona - pomijając dwie Havy - w przekładzie na polski - Ewy, nie do zapamiętania) zaprosiły nas do siebie do domu (mieszkają w luksusach, ale jeszcze dalej od centrum niż my - 40 minut trolejbusem nr 7!) i ugościły po turecku: od progu (przed progiem trzeba było zdjąć buty) kilkakrotnie powtarzały: (każda z osobna) "Welcome home, welcome home", usadziły przy stole i nakarmiły. Była zupa bez smaku z kluseczkami, ciasto naleśnikowe przypominające pizzę, herbata z ziół dobra na gardło, kawa Nescafe 3 w 1 (kawy po turecku nie znają), kwaśne mleko, chipsy i słonecznik nie łuskany.

Musimy przyznać, że bardzo pozytywnie nas owe Turczynki zaskoczyły, nie tylko swoją gościnnością, ale również swojego rodzaju tureckim patriotyzmem i wiedzą na temat własnego kraju, tradycji i religii.

PS. Koszykówka uważana jest za litewski sport narodowy!

wtorek, 11 listopada 2008

11 listopada.

11 listopada przebiegł w duchu patriotycznym.

Punkt 12.00 stawiliśmy się na Rossie, by uczestniczyć w uroczystościach ku czci 90 rocznicy odzyskania niepodległości. Przy mauzoleum Piłsudskiego wspólnie z przedstawicielami harcerzy polskich z całej Litwy odśpiewaliśmy patriotyczne pieśni. Harcerze Ci podobno przebiegli (w szeregu zbiórce) ponad 60 km (z jakiegoś miasteczka na Rossę) niosąc ze sobą ciągnącą się na kilkaset metrów flagę Polski. Widzieliśmy jak wbiegali na cmentarz i jak ową flagą otoczyli cmentarne mury, nie dowierzamy jednak w długość dystansu jaki niby pokonali, gdyż przecież więcej to niż maraton!


Po tych wszystkich wydarzeniach wsiedliśmy z Kapelami w ich duże auto i wyruszyliśmy do Polski! Po drodze mieliśmy dwa dłuższe przystanki. Drugi, już w Polsce, obiadowy. Pierwszy, jeszcze na Litwie, w Duskiennikach, gdzie spacerowaliśmy brzegami Niemna podziwiając wille wypoczynkowe i przesycony zapachem ozonu Aqua Park.
W Warszawie, stolicy Polski, z polską gościnnością przyjęły nas Kapelówny, które z tego miejsca gorąco pozdrawiamy!

piątek, 7 listopada 2008

Odwiedziny.

Dziś przyjeżdżają do nas w odwiedziny Kapelowie (w niepełnym składzie) i Luftowie (w nad składzie). To nasi drudzy z kolei goście. (Pierwsi przybyli do nas - na rowerach! - Agnieszka i Wojtasz - jeszcze za czasów narzeczeństwa.) Publikujemy ich nazwiska bez oficjalnej zgody, ale to chyba zaszczyt figurować na neblogasie!!!
Ponieważ wszystkich gości chcemy przyjmować z należnym im szacunkiem i oddaniem, planujemy pokazać im to, co w Wilnie najlepsze! Nasi goście zatem będą mieli okazję zobaczyć:


Wilno nocą,











Wilno za dnia,

Wilno z dołu,















Wilno z góry









i trochę z boku.








środa, 5 listopada 2008

Wielki Pająk Gigant !!!

Siedzimy sobie wygodnie na kanapie w salonie połączonym z kuchnią, a tu nagle spod szafy wybiega wielki niczym tarantula pająk! M w nogi, w krzyk i w płacz! T również w nogi, ale nie wpada w panikę, łapie za odkurzacz! Pająk z powrotem za szafę! M biegnie po odświeżacz do powietrza (zamiast Raida - który zabija robaki na śmierć!) i wskakuje na taboret! T odsuwa szafę! Znajduje tam żółwia! Plastikowego! M przez łzy: to nie on! Pająk korzysta z okazji i szybkimi ruchami przenosi się spod szafy pod kanapę! M krzyczy jeszcze głośniej: to on, to on! T podnosi kanapę! Pająk w nogi i pod nogi T! T zabija pająka! Dwa razy! M nie wierzy, że to był ten pająk! T nie wie co robić! M zaczyna się uspokajać. Bardzo powoli.

Teraz M już jest spokojna.
T jest bardzo dumny z siebie!


poniedziałek, 3 listopada 2008

Szawle. Góra Krzyży.

Kilkanaście kilometrów od Szawle (Šiauliai), czwartego co do liczby mieszkańców miasta (a raczej miasteczka) na Litwie znajduje się Góra Krzyży - miejsce, które daje do myślenia. Dzięki życzliwości i zaproszeniu Juste, (studiuje w Wilnie, pochodzi z Szawle), wspólnie z Havą (naszą erasmusową koleżanką z Turcji) mieliśmy okazje być tam i zobaczyć.

Spodziewaliśmy się, że Góra Krzyży będzie większa, że będzie trzeba się na nią wdrapać. Nic z tego, to tylko malutki pagórek, ale i tak robi niesamowite wrażenie. Zaraz za Górą Krzyży znajduje się nowoczesny Zakon Franciszkanów, a przy nim bardzo zmyślnie zaprojektowany kościół z ogromnym oknem za ołtarzem, przez które roztacza się widok na zgromadzone tu tysiące krzyży (codziennie przybywa tu mnóstwo pielgrzymów, więc nikt tak na prawdę nie zna dokładnej liczby krzyży, mówi się o kilkuset tysiącach). Nasze przewodniczki (Justa była z koleżanką, koleżanka miała samochód) opowiedziały nam legendę związaną z tym miejscem: Ukochana córka jednego mieszkańca Šiauliai ciężko zachorowała, więc w jej intencji postawił on na pagórku ogromny krzyż. Wkrótce potem córka wyzdrowiała, lecz ktoś zniszczył krzyż. Ojciec, tym razem już w podziękowaniu, postawił kolejny, jeszcze większy krzyż ,a wszyscy mieszkańcy miasta podążyli za jego przykładem. Źródła historyczne mówią jednak co innego: ludzie zaczęli znosić tu krzyże po upadku powstania listopadowego (mieszkańcy ziemi szawelskiej brali czynny udział w tym powstaniu), od tego czasu przybywa ich stale. Każdy może zostawić tu swój krzyż (można go ze sobą przywieźć - my przywieźliśmy swój aż z Krakowa, lub kupić na pobliskich kramach - te kramy trochę psują podniosłą atmosferę miejsca) w imię dowolnej intencji czy podziękowania.




Szawle nie są już tak interesującym miejscem, zachwyca chyba tylko kościół św Piotra i Pawła, z wysoką, ośmiokątną wieżą i wielkie jezioro Tałsza w samym centrum miasta, tuż obok placu ze Złotym Chłopcem (symbol miasta) i zegarem słonecznym (niestety słońca nie było zbyt wiele). Godzinka spacerkiem wystarczyła by wszystko zobaczyć.





Jak już wszystko zobaczyliśmy, koleżanka Juste podwiozła nas do domu Juste, gdzie zostaliśmy ugoszczeni wspaniale! To był nasz pierwszy typowo rodzinny obiad od 2 miesięcy. Były ziemniaki, mięso, sałatka, ciasto, lody. Było wszystko. Były też niestety jakieś ozorki, których nie udało nam się uniknąć :/ (tutaj M cierpiała najbardziej!) Byliśmy tą wschodnią gościnnością zachwyceni i trochę skrępowani (T ze stresu odmówił słodzenia kawy! Twierdził, że nie przywykł słodzić - dobre sobie!)

niedziela, 2 listopada 2008

Cmentarz na Rossie.

Podobizna Matki Bożej Ostrobramskiej wita wszystkich wchodzących na cmentarz.



Na Rossie pochowanych jest wiele wybitnych osobistości z różnych epok, różnej narodowości (Litwini, Polacy, Białorusini). Znajduje się tu między innymi mauzoleum z sercem Piłsudskiego i ciałem jego matki, Marii z Billewiczów, oraz groby Legionistów poległych w operacji "Ostra Brama" w 44', grobowiec Joachima Lelewela, Mikołaja Ciurlionisa.


Cmentarz na Rossie nie jest może tak piękny jak Łyczakowski, niemniej można tu zobaczyć wiele pięknych i bogato zdobionych nagrobków, rozlokowanych na licznych, czasem stromych, pagórkach.



Rosse zwiedziliśmy dwukrotnie. Pierwszy raz jeszcze we wrześniu, drugi raz w Święto Zmarłych. Po ciemku wdrapaliśmy się na sam szczyt i na najwyżej położonym grobowcu zapaliliśmy świeczkę.

sobota, 1 listopada 2008

1 listopada. Ponary.

Bardzo żałujemy, że nie ma nas teraz w domu. Dziś tęsknimy chyba najbardziej, na dodatek pogoda nas nie rozwesela. Smutno pada deszcz.

W Święto Wszystkich Świętych pojechaliśmy do Ponar, podwileńskiego lasu, gdzie w czasie II Wojny Światowej z rąk żołnierzy hitlerowskich i ich litewskich sprzymierzeńców (z oddziału Ypatingas burys) zginęło 70 000 Żydów i kilka, bądź kilkadziesiąt (źródła podają różne dane) tysięcy Polaków, oraz obywateli innych narodowości. Niestety prawie się o tym nie mówi, a znaleźć rzetelną informację o zbrodni w Ponarach, jest trudno.

środa, 29 października 2008

Białystok.


Kto był w Białymstoku, ten widział. Kto nie był, ten może jeszcze kiedyś będzie. Nam się udało być i jesteśmy mile zaskoczeni tym miejscem. Zwiedziliśmy schludne i czyste, dość ciekawe i nie tak do końca szaro - buro prowincjonalne, jak wszystkim się wydaje, miasto.
http://www.noumen.pl/pl/noumen/turystyka/bialystok

Powyższe i poniższe graffiti (kto jest spostrzegawczy ten spostrzegł, że poniższe stanowi cześć powyższego) powstało w ramach nowo rozpoczętej akcji "Wschodzący Białystok", której celem jest wypromowanie stolicy Podlasia, miejsca gdzie styka się wiele kultur (co spostrzegawczy z pewnością zauważą na graffiti poniżej).


Z lewej: Kościół św Rocha, dosyć ... wyszukany.
Z prawej: Cerkiew prawosławna, jeszcze w budowie.



Pałac Branickich. Z tego co się zorientowaliśmy przynależy do Akademii Medycznej.






Emilia, u której nocowaliśmy, skończyła filologię rosyjską i teraz pracuje w sklepie meblowym swoich rodziców :) Wkrótce będzie odświeżać stronę internetową swojej rodzinnej firmy, więc wspólnie odwiedzaliśmy białostoczan, którzy nabyli u niej meble i robiliśmy zdjęcia tym nabytkom.
Bywało zabawnie!





Szaro-bury Białystok też czasem bywa.

Dodaj obraz
Ale rozwesala go żubrzyk!

wtorek, 28 października 2008

na Białystok.


...postanowiliśmy w końcu pojechać do Białegostoku, bo ... nigdy nas tam nie było! Za środek transportu znowu wybraliśmy autostop, bo jak dotąd mamy z nim bardzo dobre doświadczenia:
z Kłajpedy (ponad 300 km) jechaliśmy 3 godziny, z Kowna (1oo km) nieco ponad godzinę, także sami widzicie, prędkości całkiem niezłe! Tym razem jechaliśmy trochę wolniej, przesiadaliśmy się aż 11 razy! ale dojechaliśmy i podróż tę wspominamy bardzo mile!!!
Z Wilna wzięło nas na swoją pakę dwóch chłopaczków, z których jeden był fanem zespołu Metallica, ma ich wszystkie płyty, podoba mu się Unforgiven III i raz był nawet w Chorzowie na koncercie (w samochodzie było głośno, rzucało nami na wszystkie strony i z tego wszystkiego M zrozumiała, że chłopak ten był gdzieś na Śląsku, i że metal, więc stwierdziła, że jedziemy z górnikami, ale na szczęście nie rozwijała przy nich tego tematu!). Potem krótka przejażdżka samochodem o tęczowych kołpakach z panią (Polką), która co tydzień jeździ do Warszawy na stadion sprzedawać dżinsy, tym razem jednak, jechała tylko do Trok odwiedzić teściów. Mimo wszystko polecamy jej stoisko!
Z Trok zabrało nas bardzo nowoczesne auto, półautomat, klimatyzacja i co ważniejsze, ogrzewanie, z równie nowoczesnym, około 30 letnim kierowcą, Litwinem mówiącym po polsku. Jego nowoczesność przejawiała się nie tyle w wyglądzie, co w sposobie prowadzenia auta: na drogę patrzył sporadycznie, bardziej skupiony był na pokazywaniu nam widoków i rozmowach telefonicznych, dlatego też jeśli już dotykał kierownicy, to raczej kolanem :) Nie przeszkadzało mu to jednak rozwinąć prędkości do 170 km/h i minąć tych wszystkich, którzy wcześniej nie zechcieli nas zabrać! Mimo to czuliśmy się w tym aucie bezpiecznie. To chyba opel był! Potem przejechaliśmy kawałeczek z dwoma starszymi Paniami, które wysadziły nas na dużym skrzyżowaniu, gdzie stał już znak wskazujący kierunek -> Polska. Hura hura! Tam postaliśmy jakieś 10 min, w czasie których przemknął koło nas starszy pan na rowerze i ku wielkie,j głównie jego radości, zatrąbił na nas, rozumiecie? (Mimo, że ta anegdotka wydawać Wam się może mało zabawną, piszemy o niej, gdyż niniejszy Neblogas nie jest pisany tylko dla Was, ale i dla Nas!) Ku naszej radości chwilę po panu na rowerze przyjechała furgonetka wyglądająca na bardzo sfatygowaną, z kierowcą, którego M wzięła za panią. Kiedy okazało się, że to jednak Pan, stwierdziliśmy (po ubłoconym ubraniu), że to jakiś robotnik wracający z kopania rowów, a tu z rozmowy wyszło, że pan robi doktorat z psychologii i przyjechał do rodziców w przerwie w... rozgrywkach przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej, bo jest reprezentantem Litwy i gra w obronie. Zupełnie zaprzeczył tym naszym wyobrażeniom o piłkarzach, robotnikach i ogólnie podziale klasowym, a potem jeszcze wywiózł nas za miasto - co mu było zupełnie nie po drodze - na lepsze miejsce do łapania stopa.
Następny kierowca miał jeepa i zakład kowalstwa artystycznego. Polskiego nauczył się, jak powiedział oglądając Bolka i Lolka, w co mu nie do końca wierzymy, bo z tego co pamiętamy, ani Bolek, ani Lolek do rozmownych nie należeli. Potem jechaliśmy znowu 170 na godzinę, z panem który wziął nas, bo wyglądamy sympatycznie :) Od niego przesiedliśmy się do taksówki, ale bez płacenia. Taksówkarz wywiózł nas na rozstajne drogi i powiedział, żebyśmy czekali na autobus bo tu się na pewno nikt nie zatrzyma. 5 minut później zatrzymał się jednak jakiś pan terenową hondą, ale jak zobaczył, że mamy plecaki powiedział, że niestety nie będzie dla nas miejsca, bo ma samochód pełen ciast, co było prawdą.
Kolejne 5 minut później zatrzymał się jakimś miejscowy chłopak, który myślał że jesteśmy z zagranicy, więc przez okno krzyknął "tylko drai kilometra" i podwiózł nas na następny przystanek autobusu. Po 15 minutach zaczęliśmy trochę padać na duchu, bo przez większość tego czasu dookoła panowała zupełna cisza, nie zakłócana odgłosami silników. W końcu doczekaliśmy się podstarzałego Harcerza, z którym dojechaliśmy aż za Augustów, rozmawiając, a raczej słuchając po drodze ciekawego wykładu historyczno - światopoglądowego na temat krwawych dziejów rejonu obecnej granicy polsko-litewskiej. W miejscu gdzie rozchodziły się nasze drogi wysiedliśmy. Pan pojechał dalej, do Warszawy, a my mijając na piechotę korek tirów (dziennie przez Augustów przejeżdża ich koło 7000!) poszliśmy na obiad do przydrożnego baru. Obiad niestety nie był z tych najlepszych :/ Zaraz po obiedzie złapaliśmy ciężarówkę, którą dojechaliśmy do samego Białegostoku i to by było na tyle!

Serdecznie pozdrawiamy i dziękujemy wszystkim wyżej wymienionym!

M i T

środa, 22 października 2008

Kowno.

Sporo osób odradzało nam wycieczkę do Kowna, mówili, że nie ma tam wiele do zobaczenia, ale i tak byliśmy i zobaczyliśmy, i to wiele zobaczyliśmy!


Do Kowna dostaliśmy się autostopem. W dwóch "małomównych" stopach, zajęło nam to jakąś godzinę z minutami (+ kilkunastominutowy dojazd do centrum autobusem, bo wysadzono nas na obrzeżach). Zupełnie przypadkowo zaczęliśmy zwiedzanie od ulicy Wileńskiej, która doprowadziła nas do Starego Miasta i od razu nam się spodobało. Niskie, odrapane kamienice (Kowno miało być twierdzą, więc zakazano budowania domów wyższych niż 3 piętra) wzdłuż niezatłoczonych uliczek przypominają trochę krakowski Kazimierz. Weszliśmy do jednej kawiarenki, ale tam krakowski klimat jeszcze nie dotarł, albo nie!, dotarł, ale ten sprzed kilkudziesięciu dobrych lat - Dystyngowane starsze panie w białych rękawiczkach i panowie o podejrzanych twarzyczkach w skórzanych płaszczach, tworzyli niezłą klientelę. Kawa z mlekiem 3,5o. Cud że nie fusiara!
Pobudzeni kawą, przeszliśmy przez rynek, koło Ratusza zwanego "Białym łabędziem" pod zamek, który bronić miał Litwinów przed Krzyżakami. Zamek nas jednak bardzo nie zachwycił, bo nic zachwycającego w nim nie ma, ale za to wywarł na nas ogromne wrażenie kościół św Jerzego, który znajduje się tuż tuż przy zamku. Do tego kościoła zaprosił nas przechadzający się nieopodal brat - Franciszkanin, (mówiący dość dobrze po polsku, choć zbyt często używający niezrozumiałej dla nas partykuły "joł"), który opowiedział nam historię tego miejsca (w tym miejscy trzeba zaznaczyć że zapamiętaliśmy dwie wersje tej historii: wersję T i wersję M, poniżej zamieszczamy wersję M; T jest odpowiedzialny za zdjęcia, nie za wersje!) : W czasie drugiej wojny światowej stacjonowali tu spadochroniarze, którzy wywiercili w suficie masę dziur i spuścili z nich liny, na których suszyli swoje spadochrony; za komuny składowano tu zakazane przez władze książki. Wszystko to sprawiło, że na dzień dzisiejszy, na odrestaurowanie kościoła potrzeba 35 milionów litów! Tuż za kościołem św Jerzego znajdują się mini błonia, gdzie w 1993 z mieszkańcami Kowna spotkał się Jan Paweł II.


Teraz trochę o głównej ulicy Kowna, Alei Wolności (Laisves aleja). Bardzo, bardzo socjalistyczna: szeroka, długa, po prostu główna! Pośrodku niej, wzdłuż całej długości ciągnie się skwerek z drzewkami, co sprawia że mimo tego sowieckiego chłodu i patosu, idzie się nią całkiem przyjemnie!
I na koniec jeszcze o dwóch muzeach! W pierwszym (Muzeum Narodowe) widzieliśmy wystawę dzieł Mikołaja Konstantego Ciurlionisa, najsłynniejszego chyba litewskiego artysty! Oprócz obrazów, słuchaliśmy też jego utworów muzycznych, bo Ciurlionis był i malarzem, i kompozytorem. http://pl.wikipedia.org/wiki/Mikalojus_Konstantinas_%C4%8Ciurlionis.
W drugim zobaczyliśmy około 300 figurek diabłów (Muzeum Diabłów), wśród których miały znajdować się podobizny Hitlera i Stalina. Wypatrywaliśmy!, jednak rozpoznaliśmy ich dopiero przy pomocy pani z portierni, która na pamiątkowej kartce pocztowej pokazała nam te figurki. Kartka była za 1.3 lita.

Jednak jeszcze nie koniec! Jeszcze trochę o powrocie! Spędziliśmy w Kownie cały dzień, zdążyło się już ściemnić, więc w drodze rozsądku zdecydowaliśmy się na powrót pociągiem, bo po ciemku wiadomo, nic nie widać! Na wszelki wypadek mieliśmy przy sobie rozkład jazdy, żeby nie tracić czasu na zbędne czekanie na pociąg!Bez większych problemów znaleźliśmy Dworzec Główny, akurat za 10 minut do odjazdu! Podchodzimy do okienka, prosimy o bilety, a tu się okazuje, że pociągi do Wilna, do stolicy!, odjeżdżają z jakiegoś pobocznego dworca, Kowno-1. Paranoja! Dotarliśmy w końcu na ten poboczny dworzec. Były tam tory i jedna budka, w których panie kasjerki siedziały sobie wygodnie, popijały kawkę i nie odpowiadały ani na nasze pytania, ani na pytania dwóch staruszek, które nam na tym dworcu towarzyszyły. Ostentacyjnie wyłożyły przed kasę jakąś tabliczkę, ale co tam było napisane, nie wiemy! Bilety udało nam się kupić przed samym odjazdem, czyli po godzinie "tracenia czasu na zbędne czekanie".

Mimo wszystko było zabawnie :) Pani kasjerka ochrzaniła T, że robi zdjęcia pociągom (wcześniej T zdążył zrobić jej parę portretów, bo była na prawdę urocza) i że powinien wiedzieć, że pociągom zdjęć się nie robi!, a jedna z tych towarzyszących nam starszych pań stwierdziła, że nic nie rozumiemy, bo jesteśmy z Ameryki! Bilet z Kowna-1 do Wilna = 7 litów.



Kowno jest najbardziej nowoczesnym z litewskich miast i to nie tylko ze względu na silnie rozbudowany przemysł.





poniedziałek, 20 października 2008

Tablica ogłoszeń.

  1. Dochodzą do nas słuchy, że zaglądacie tu często, niektórzy nawet dodali neblogasa do "ulubionych". To nas cieszy!
  2. Piszemy jak tylko często możemy, ale żeby pisać, trzeba mieć o czym, więc sporo czasu poświęcamy na zdobywanie nowych tematów. Nie ponaglajcie nas, bądźcie cierpliwi, na wszystko przyjdzie czas!
  3. Dziś zaczęły grzać kaloryfery!
  4. Z pewnych przyczyn, które znane są tylko pewnym osobom, nie przyjeżdżamy jednak na Wszystkich Świętych do Krakowa, ale pojawić się tam mamy zamiar w okolicach niepodległościowych!
  5. Od 3 do 9 listopada jesteśmy sami w mieszkaniu -> nasze współlokatorki lecą do Holandii. Zapraszamy do wykorzystania tej okazji i odwiedzenia nas!
  6. Odwiedzać nas też można w innym terminie!
  7. Jutro jedziemy do Kowna!
  8. M kupiła sobie spodnie za stypendium i nie targają nią wyrzuty sumienia!
  9. W lutym T będzie miał swoją wystawę fotograficzną w Domu Kultury na Wietora!
  10. T martwi się, że mało komentujecie jego zdjęcia!
  11. Lubimy wszystkie komentarze = Piszcie komentarze!
  12. Zamieszczamy parę zdjęć "ni z gruchy, ni z pietruchy":



13. Okazuje się, że owieczka Dolly wcale nie była sklonowana. Dolly i jej konstruktorzy zrobili nas w konia!