środa, 19 listopada 2008

Po powrocie, po turecku.

Po powrocie z Krakowa weszliśmy w nasze tutejsze życie bardzo aktywnie, tj. na sportowo. Chodzi mianowicie o to, że poszliśmy na mecz, a był to mecz koszykówki damskiej. Dziewczęta z wileńskiego klubu TEO grały z Turczynkami z Istambułu. Grały i przegrały! I bardzo dobrze, bo byliśmy w sektorze z turecką publicznością, także górą nasze!

W ogóle mamy tu bardzo dobre stosunki z tureckimi dziewczętami - erasmuskami. To właśnie one załatwiły nam w tureckiej ambasadzie wejściówki na mecz, musieliśmy tylko przybrać nowe nazwiska : T Murat i M Jasmine. One też (a jest ich 5, imiona - pomijając dwie Havy - w przekładzie na polski - Ewy, nie do zapamiętania) zaprosiły nas do siebie do domu (mieszkają w luksusach, ale jeszcze dalej od centrum niż my - 40 minut trolejbusem nr 7!) i ugościły po turecku: od progu (przed progiem trzeba było zdjąć buty) kilkakrotnie powtarzały: (każda z osobna) "Welcome home, welcome home", usadziły przy stole i nakarmiły. Była zupa bez smaku z kluseczkami, ciasto naleśnikowe przypominające pizzę, herbata z ziół dobra na gardło, kawa Nescafe 3 w 1 (kawy po turecku nie znają), kwaśne mleko, chipsy i słonecznik nie łuskany.

Musimy przyznać, że bardzo pozytywnie nas owe Turczynki zaskoczyły, nie tylko swoją gościnnością, ale również swojego rodzaju tureckim patriotyzmem i wiedzą na temat własnego kraju, tradycji i religii.

PS. Koszykówka uważana jest za litewski sport narodowy!

Brak komentarzy: