niedziela, 30 listopada 2008

Ryga.


Ryga jest malutka, tak jak malutka jest Łotwa (w całym kraju żyje ponad 2 mln mieszkańców, w samej Rydze 700 tys; na ulicach słychać przede wszystkim język rosyjski). Jest za to bardzo zadbana i wygląda "po europejsku", także miło się ją zwiedza! Na każdym kroku spotyka się zabytkowe budowle różnego rodzaju, wysokie i niskie wieżyczki, stare domy kupieckie itd. Stare Miasto otaczają parki z fontannami, mostkami nad rzeczkami, ławeczkami i mnóstwem śniegu.

Takie rybki całują się w przejściu podziemnym łączącym Stare Miasto z Dworcem Autobusowym.


A takie ludki stoją na starówce i apelują o ekologiczne podejście do życia.









Na owe ludki ze spokojem spogląda Pan Artysta.







Tu jedna z wysokich wieżyczek.


A tu Ryga nocą. Wyżej most wiszący - podświetlany. Niżej jeden z wspominanych parków, a z niego widok na Operę.

poniedziałek, 24 listopada 2008

Po zakupach.

Kupiliśmy sobie termosik, Raffaello, bilety do Rygi i wyjeżdżamy na 6 dni!

środa, 19 listopada 2008

Po powrocie, po turecku.

Po powrocie z Krakowa weszliśmy w nasze tutejsze życie bardzo aktywnie, tj. na sportowo. Chodzi mianowicie o to, że poszliśmy na mecz, a był to mecz koszykówki damskiej. Dziewczęta z wileńskiego klubu TEO grały z Turczynkami z Istambułu. Grały i przegrały! I bardzo dobrze, bo byliśmy w sektorze z turecką publicznością, także górą nasze!

W ogóle mamy tu bardzo dobre stosunki z tureckimi dziewczętami - erasmuskami. To właśnie one załatwiły nam w tureckiej ambasadzie wejściówki na mecz, musieliśmy tylko przybrać nowe nazwiska : T Murat i M Jasmine. One też (a jest ich 5, imiona - pomijając dwie Havy - w przekładzie na polski - Ewy, nie do zapamiętania) zaprosiły nas do siebie do domu (mieszkają w luksusach, ale jeszcze dalej od centrum niż my - 40 minut trolejbusem nr 7!) i ugościły po turecku: od progu (przed progiem trzeba było zdjąć buty) kilkakrotnie powtarzały: (każda z osobna) "Welcome home, welcome home", usadziły przy stole i nakarmiły. Była zupa bez smaku z kluseczkami, ciasto naleśnikowe przypominające pizzę, herbata z ziół dobra na gardło, kawa Nescafe 3 w 1 (kawy po turecku nie znają), kwaśne mleko, chipsy i słonecznik nie łuskany.

Musimy przyznać, że bardzo pozytywnie nas owe Turczynki zaskoczyły, nie tylko swoją gościnnością, ale również swojego rodzaju tureckim patriotyzmem i wiedzą na temat własnego kraju, tradycji i religii.

PS. Koszykówka uważana jest za litewski sport narodowy!

wtorek, 11 listopada 2008

11 listopada.

11 listopada przebiegł w duchu patriotycznym.

Punkt 12.00 stawiliśmy się na Rossie, by uczestniczyć w uroczystościach ku czci 90 rocznicy odzyskania niepodległości. Przy mauzoleum Piłsudskiego wspólnie z przedstawicielami harcerzy polskich z całej Litwy odśpiewaliśmy patriotyczne pieśni. Harcerze Ci podobno przebiegli (w szeregu zbiórce) ponad 60 km (z jakiegoś miasteczka na Rossę) niosąc ze sobą ciągnącą się na kilkaset metrów flagę Polski. Widzieliśmy jak wbiegali na cmentarz i jak ową flagą otoczyli cmentarne mury, nie dowierzamy jednak w długość dystansu jaki niby pokonali, gdyż przecież więcej to niż maraton!


Po tych wszystkich wydarzeniach wsiedliśmy z Kapelami w ich duże auto i wyruszyliśmy do Polski! Po drodze mieliśmy dwa dłuższe przystanki. Drugi, już w Polsce, obiadowy. Pierwszy, jeszcze na Litwie, w Duskiennikach, gdzie spacerowaliśmy brzegami Niemna podziwiając wille wypoczynkowe i przesycony zapachem ozonu Aqua Park.
W Warszawie, stolicy Polski, z polską gościnnością przyjęły nas Kapelówny, które z tego miejsca gorąco pozdrawiamy!

piątek, 7 listopada 2008

Odwiedziny.

Dziś przyjeżdżają do nas w odwiedziny Kapelowie (w niepełnym składzie) i Luftowie (w nad składzie). To nasi drudzy z kolei goście. (Pierwsi przybyli do nas - na rowerach! - Agnieszka i Wojtasz - jeszcze za czasów narzeczeństwa.) Publikujemy ich nazwiska bez oficjalnej zgody, ale to chyba zaszczyt figurować na neblogasie!!!
Ponieważ wszystkich gości chcemy przyjmować z należnym im szacunkiem i oddaniem, planujemy pokazać im to, co w Wilnie najlepsze! Nasi goście zatem będą mieli okazję zobaczyć:


Wilno nocą,











Wilno za dnia,

Wilno z dołu,















Wilno z góry









i trochę z boku.








środa, 5 listopada 2008

Wielki Pająk Gigant !!!

Siedzimy sobie wygodnie na kanapie w salonie połączonym z kuchnią, a tu nagle spod szafy wybiega wielki niczym tarantula pająk! M w nogi, w krzyk i w płacz! T również w nogi, ale nie wpada w panikę, łapie za odkurzacz! Pająk z powrotem za szafę! M biegnie po odświeżacz do powietrza (zamiast Raida - który zabija robaki na śmierć!) i wskakuje na taboret! T odsuwa szafę! Znajduje tam żółwia! Plastikowego! M przez łzy: to nie on! Pająk korzysta z okazji i szybkimi ruchami przenosi się spod szafy pod kanapę! M krzyczy jeszcze głośniej: to on, to on! T podnosi kanapę! Pająk w nogi i pod nogi T! T zabija pająka! Dwa razy! M nie wierzy, że to był ten pająk! T nie wie co robić! M zaczyna się uspokajać. Bardzo powoli.

Teraz M już jest spokojna.
T jest bardzo dumny z siebie!


poniedziałek, 3 listopada 2008

Szawle. Góra Krzyży.

Kilkanaście kilometrów od Szawle (Šiauliai), czwartego co do liczby mieszkańców miasta (a raczej miasteczka) na Litwie znajduje się Góra Krzyży - miejsce, które daje do myślenia. Dzięki życzliwości i zaproszeniu Juste, (studiuje w Wilnie, pochodzi z Szawle), wspólnie z Havą (naszą erasmusową koleżanką z Turcji) mieliśmy okazje być tam i zobaczyć.

Spodziewaliśmy się, że Góra Krzyży będzie większa, że będzie trzeba się na nią wdrapać. Nic z tego, to tylko malutki pagórek, ale i tak robi niesamowite wrażenie. Zaraz za Górą Krzyży znajduje się nowoczesny Zakon Franciszkanów, a przy nim bardzo zmyślnie zaprojektowany kościół z ogromnym oknem za ołtarzem, przez które roztacza się widok na zgromadzone tu tysiące krzyży (codziennie przybywa tu mnóstwo pielgrzymów, więc nikt tak na prawdę nie zna dokładnej liczby krzyży, mówi się o kilkuset tysiącach). Nasze przewodniczki (Justa była z koleżanką, koleżanka miała samochód) opowiedziały nam legendę związaną z tym miejscem: Ukochana córka jednego mieszkańca Šiauliai ciężko zachorowała, więc w jej intencji postawił on na pagórku ogromny krzyż. Wkrótce potem córka wyzdrowiała, lecz ktoś zniszczył krzyż. Ojciec, tym razem już w podziękowaniu, postawił kolejny, jeszcze większy krzyż ,a wszyscy mieszkańcy miasta podążyli za jego przykładem. Źródła historyczne mówią jednak co innego: ludzie zaczęli znosić tu krzyże po upadku powstania listopadowego (mieszkańcy ziemi szawelskiej brali czynny udział w tym powstaniu), od tego czasu przybywa ich stale. Każdy może zostawić tu swój krzyż (można go ze sobą przywieźć - my przywieźliśmy swój aż z Krakowa, lub kupić na pobliskich kramach - te kramy trochę psują podniosłą atmosferę miejsca) w imię dowolnej intencji czy podziękowania.




Szawle nie są już tak interesującym miejscem, zachwyca chyba tylko kościół św Piotra i Pawła, z wysoką, ośmiokątną wieżą i wielkie jezioro Tałsza w samym centrum miasta, tuż obok placu ze Złotym Chłopcem (symbol miasta) i zegarem słonecznym (niestety słońca nie było zbyt wiele). Godzinka spacerkiem wystarczyła by wszystko zobaczyć.





Jak już wszystko zobaczyliśmy, koleżanka Juste podwiozła nas do domu Juste, gdzie zostaliśmy ugoszczeni wspaniale! To był nasz pierwszy typowo rodzinny obiad od 2 miesięcy. Były ziemniaki, mięso, sałatka, ciasto, lody. Było wszystko. Były też niestety jakieś ozorki, których nie udało nam się uniknąć :/ (tutaj M cierpiała najbardziej!) Byliśmy tą wschodnią gościnnością zachwyceni i trochę skrępowani (T ze stresu odmówił słodzenia kawy! Twierdził, że nie przywykł słodzić - dobre sobie!)

niedziela, 2 listopada 2008

Cmentarz na Rossie.

Podobizna Matki Bożej Ostrobramskiej wita wszystkich wchodzących na cmentarz.



Na Rossie pochowanych jest wiele wybitnych osobistości z różnych epok, różnej narodowości (Litwini, Polacy, Białorusini). Znajduje się tu między innymi mauzoleum z sercem Piłsudskiego i ciałem jego matki, Marii z Billewiczów, oraz groby Legionistów poległych w operacji "Ostra Brama" w 44', grobowiec Joachima Lelewela, Mikołaja Ciurlionisa.


Cmentarz na Rossie nie jest może tak piękny jak Łyczakowski, niemniej można tu zobaczyć wiele pięknych i bogato zdobionych nagrobków, rozlokowanych na licznych, czasem stromych, pagórkach.



Rosse zwiedziliśmy dwukrotnie. Pierwszy raz jeszcze we wrześniu, drugi raz w Święto Zmarłych. Po ciemku wdrapaliśmy się na sam szczyt i na najwyżej położonym grobowcu zapaliliśmy świeczkę.

sobota, 1 listopada 2008

1 listopada. Ponary.

Bardzo żałujemy, że nie ma nas teraz w domu. Dziś tęsknimy chyba najbardziej, na dodatek pogoda nas nie rozwesela. Smutno pada deszcz.

W Święto Wszystkich Świętych pojechaliśmy do Ponar, podwileńskiego lasu, gdzie w czasie II Wojny Światowej z rąk żołnierzy hitlerowskich i ich litewskich sprzymierzeńców (z oddziału Ypatingas burys) zginęło 70 000 Żydów i kilka, bądź kilkadziesiąt (źródła podają różne dane) tysięcy Polaków, oraz obywateli innych narodowości. Niestety prawie się o tym nie mówi, a znaleźć rzetelną informację o zbrodni w Ponarach, jest trudno.