
Kilkanaście kilometrów od Szawle (
Šiauliai), czwartego co do liczby mieszkańców miasta (a raczej miasteczka) na Litwie znajduje się Góra
Krzyży - miejsce, które daje do myślenia. Dzięki życzliwości i zaproszeniu Juste, (studiuje w Wilnie, pochodzi z Szawle), wspólnie z
Havą (naszą
erasmusową koleżanką z Turcji) mieliśmy okazje być tam i zobaczyć.
Spodziewaliśmy się, że Góra
Krzyży będzie większa, że będzie trzeba się na nią wdrapać. Nic z tego, to ty
lko malutki pagórek, ale i tak robi niesamowite wrażenie. Zaraz za Górą Krzyży znajduje się nowoczesny Zakon Franciszkanów, a przy nim bardzo zmyślnie zaprojektowany kościół z ogromnym oknem za ołtarzem, przez które roztacza się widok na zgromadzone tu tysiące krzyży (codziennie przybywa tu mnóstwo pielgrzymów, więc nikt tak na prawdę nie zna dokładnej liczby krzyży, mówi się o kilkuset tysiącach). Nasze przewodniczki (Justa była z koleżanką, koleżanka miała samochód) opowiedziały nam legendę związaną z tym miejscem: Ukochana córka jednego mieszkańca
Šiauliai ciężko zachorowała, więc w jej intencji postawił on na pagórku ogromny krzyż. Wkrótce potem córka wyzdrowiała, lecz ktoś zniszczył krzyż. Ojciec, tym razem już w podziękowaniu, postawił kolejny, jeszcze większy krzyż ,a wszyscy mieszkańcy miasta podążyli za jego przykładem.

Źródła historyczne mówią jednak co innego: ludzie zaczęli znosić tu krzyże po upadku powstania listopadowego (mieszkańcy ziemi
szawelskiej brali czynny udział w tym powstaniu), od tego czasu przybywa ich stale. Każdy może zostawić tu swój krzyż (można go ze sobą przywieźć - my przywieźliśmy swój aż z Krakowa, lub kupić na pobliskich kramach - te kramy trochę psują podniosłą atmosferę miejsca) w imię dowolnej intencji czy podziękowania.

Szawle nie są już tak interesującym miejscem, zachwyca chyba tylko kościół św Piotra i Pawła, z wysoką, ośmiokątną wieżą i wielkie jezioro
Tałsza w samym centrum miasta, tuż obok placu ze Złotym Chłopcem (symbol miasta) i zegarem słonecznym (niestety słońca nie było zbyt wiele). Godzinka spacerkiem wystarczyła by wszystko zobaczyć.


Jak już wszystko zobaczyliśmy, koleżanka Juste podwiozła nas do domu Juste, gdzie zostaliśmy ugoszczeni wspaniale! To był nasz pierwszy typowo rodzinny obiad od 2 miesięcy. Były ziemniaki, mięso, sałatka, ciasto, lody. Było wszystko. Były też niestety jakieś ozorki, których nie udało nam się uniknąć :/ (tutaj M cierpiała najbardziej!) Byliśmy tą wschodnią gościnnością zachwyceni i trochę skrępowani (T ze stresu odmówił słodzenia kawy! Twierdził, że nie przywykł słodzić - dobre sobie!)